Żal&ból

God save the Queen!

Dotarła wyczekiwana długo paczka z Polski, wypchana... no właśnie. Nie mogę powiedzieć. Ale kosztowała 65zł i została otwarta w miejscu publicznym. Niestety.

Quote:

- Do you have a lighter?
- Yes. Skunk? Weed?
- Excuse me?
- Trafka? Traffka?
- Yyy...

Quote:

- ...bo na prawdę opiekunka do dziecka w Anglii nie zarobi więcej niż £100 tygodniowo!



One Bed Party.
sobotnio-porany widok w drodze do sklepu...

Prawda

Zabierzcie dzieci i zamknijcie drzwi, a ręce połóżcie tak, żebym je widział. Opowiem wam dziś o radosnym i przyjemnym zajęciu, o kieszonkowym szczęściu każdego człowieka. O sposobie na przyjemność wszędzie i zawsze. Potrzebny jest do tego tylko jeden podręczny środek...

Zaintrygowani? Świetnie. Nie wiadomo do kogo należy patent na to zajęcie, ale prawa autorskie na nazwę należą do biblijnego Onana, drugiego syna Judy, który wedłóg tradycji miał wziąć za żonę wdowę po starszym bracie i zapłodnić ją. Uchyla się on jednak od obowiązku i rozlewa nasienie. Mylnie sądzi się, że robił sobie dobrze, gdy tymczasem nie spuszczał się on po prostu w Tamarę. Wiecie dlaczego? Bo jemu i tak było dobrze. Niestety przyszło mu za to zapłacić życiem...

Kobiety, ich tyłki, ich osobowość, a sprawa polska...

Już od ponad tygodnia wszyscy klepią ten sam, oklepany na wylot już temat. Żal po Kaczyńskim zaczyna przeradzać się powoli w żal nad żałobą. Żal dupę ściska. Każdy pieniacz i oszołom pokroju kominka ma świetną okazję do polania wody na swój kręciołek i napisania nawet więcej, niż jednego komentarza do sprawy, w której każdy może mieć coś do powiedzenia, a 95% nie mówi nic nowego. Żeby choć było to nieobraźliwe. Niestety przy ogólnym braku sensu prześwituje przez całokształt absolutny brak szacunku dla zmarłych, który podobno tak zakorzeniony jest w naszej katolickiej wierze. Nie lubiłem Kaczyńskiego. Nie głosowałem wtedy ani na niego, ani żadnego z pozostałych kandydatów, ponieważ nie widziałem nikogo odpowiedniego, ale dziś daleki jestem od opluwania którejkolwiek ofiary katastrofy, jak również zmiany zdania, które jeszcze za ich życia miałem na ich temat.

Centrum ściemniania i rozpaczy

No i cóż... jesteśmy tu. Ziemia obiecana. Kraina mlekiem i miodem opływająca w dochody, pracę, socjal, życzliwość i wszelkie dobra. Jesteśmy tu już prawie miesiąc, mieszkając w warunkach, o których wspominałem na poprzedniej płycie, więc zdarta płyta nie zagra. Wena nie zdradziła.

Sama podróż, to pierwsza, sama w sobie, atrakcja. Żołądek podchodzi do gardła, w uszach szumi, głowa boli od zmian ciśnienia a przemiła obsługa (nie wiem jak, ale nie musieli jeść kluchów, żeby bełkotać niczym pani z Misia) proponuje kupno prezentów walentynkowych zamotanym pasażerom. Część kupiła.

Zdradliwa wena

Zdania są podzielone. Jedni zachwycają się, inni mniej. Mieszkamy w kawalerce we czworo. W sumie już we troje, więc nie jest źle. Miejsca na podłodze starcza na rozłożenie materaców dla wszystkich.

Tak więc mieszkamy sobie, a każdy ma różne wymagania. Koleżanka chce do biura. Nie tyle mieszkać oczywiście, co pracować, ale nie bijmy póki co koleżanki. Może poznęcamy się nad nią później. Gospodarz zna język. To wielki plus, który czyni go na tyle funkcjonalnym, że opłaca się zawracać mu gitarę. W sklepach jest piwo. Dobre, bo polskie.

Koleżanka lubi gospodarza. Lubi bardziej, niż kolegę, który ją z nim zapoznał. To smutne, ale wiadomo - gospodarz może być tylko jeden. Przepraszam, miałem nie znęcać się nad koleżanką.

Poznęcam się nad gospodarzem. Dobry chłopaczyna z niego. Ma kawalerkę i iście słowiańską gościnność, więc mieszkamy sobie we czworo, w sumie we troje, bo kolega nie wytrzymał presji szerokiego gestu gospodarza dla kobiet.

Subskrybuje zawartość